TURCJA

ŚWIĘTA GÓRA ORMIAN

W Turcji, między jeziorami Van i Sewan wznosi się nad Wyżyną Armeńską Ararat. Nazywany jest on świętą górą Ormian, gdyż Bóg wybrał na początek tego narodu Ararat i Wyżynę Armeńską.

Ararat leży na historycznie ormiańskich terenach, ale poza terytorium Armenii. Jest jednak doskonale widoczny z wielu miejsc tego kraju oraz jego stolicy, Erewania.

To tyle tytułem wstępu odnośnie góry, którą przyszło mi zdobywać 182 lata po Friedrichu Parrot – niemieckim przyrodniku i Chaczaturianie Abowian – ormiańskim pisarzu. Stanęli oni jako pierwsi na jej szczycie w 1829 roku.

Józef Chodźko, geodeta i topograf w służbie rosyjskiej, wspiął się na Ararat w 1850 roku i zapisał się jako jego pierwszy polski zdobywca.

Wymienieni panowie nie musieli starać się o zezwolenia, aby tego dokonać. Dziś są one niezbędne. Góra jest położona w strefie zmilitaryzowanej i można na nią wejść tylko w zorganizowanej grupie.

Wyprawy na Ararat rozpoczynają się najczęściej od pobytu w oddalonym od niego o 15 km Dogubayazit, gdyż w tym mieście można załatwić pozwolenie na wejście na szczyt. Sezon trekkingowy na Araracie trwa od połowy czerwca do połowy września. Panują tam wtedy najdogodniejsze warunki do jego zdobycia, ze względu na dosyć stabilną pogodę i najmniejszą ilość śniegu na jego zboczach.

Pod południowe stoki wulkanu można podjechać samochodem i stąd rozpocząć wędrówkę trwającą około 4 – 5 godzin do pierwszego obozu na wysokość 3300 m n.p.m.. I tak też zrobiliśmy. Początkowo trasa była niewymagająca, jedynie doskwierało palące skórę słońce.

Szliśmy z podręcznym plecakiem, bo resztę bagażu transportowały do kolejnych obozów konie. Odgrywają one na zboczach Araratu bardzo ważną rolę. Zdejmują ciężar z barków wspinaczy, dzięki temu ma się więcej ochoty na podziwianie rozległych krajobrazów.

Po drodze spotkaliśmy dzieci, które wraz z rodzicami i dziadkami zamieszkują zbocza góry w gospodarstwach zakładanych na czas letnich miesięcy. W tym czasie są tam wypasane krowy i kozy. Dzieci, nawet bardzo małe, angażują się w prace wydawałoby się zarezerwowane tylko dla dorosłych, albo na różne sposoby starają się zabić czas.

Okolice Araratu, po rzezi Ormian w 1915 roku, zamieszkiwane są głównie przez Turków i Kurdów. Kurdowie od wieków starają się o utworzenie autonomicznego państwa – Kurdystanu. Choć nie mają swojego kraju, to mają swój język, obyczaje i kulturę. Zamieszkują głównie wschodnią Turcję, Iran i Irak w liczbie około dwudziestu siedmiu milionów.

Ranek w pierwszym obozie zaczęliśmy od śniadania, potem spakowaliśmy się i udaliśmy na trwające około 5 godzin podejście do drugiego obozu na wysokość 4200 m n.p.m..

Ruch na zboczach jest dosyć spory, jak na dwupasmówce. Jedni idą pod górę z nadzieją i wiarą w jej zdobycie, drudzy podążają w dół szczęśliwi z powodu postawienia stóp na jej wierzchołku. Schodzą też nieliczni pokonani przez pogodę, a tym samym z niezrealizowanym marzeniem.

Ararat jako góra wolno stojąca przyciąga chmury, więc czasami trzeba czekać kilka dni na okno pogodowe, aby móc się wybrać na jego szczyt.

Zdobywczyni siedmiu ośmiotysięczników Anna Czerwińska przyznała, że wspinaczka na najwyższy szczyt Turcji, jeszcze bardziej zwiększyła jej pokorę wobec gór. W jednym z wywiadów powiedziała tak:

„Po trzech dobach podchodzenia, w czwartek rozpoczęliśmy w nocy atak szczytowy. Trafiłyśmy idealnie w okienko pogodowe. W drodze powrotnej na wysokości 4200 m nastąpiło załamanie pogody – zagrzmiało i rozpętała się burza śnieżna, która trwała parę dni, a przy tym porywisty wiatr. W tych warunkach nikt by się nie zdecydował na wspinaczkę. Bo to jest tak, że góry muszą wyrazić zgodę na to, co my w nich chcemy robić. I ta wyprawa zwiększyła jeszcze bardziej moją pokorę wobec gór.”

Powyżej zdjęcia z drugiego obozu, w którym spaliśmy i z którego startowaliśmy na szczyt. Gdy przybyliśmy do obozu było w nim już kilka ekip, gdyż góra jest dość popularna.

Pogoda w tym dniu dopisywała, do wieczora było jeszcze sporo czasu, więc postanowiliśmy zrobić mały rekonesans i podeszliśmy pod górę około 300 metrów przewyższenia. Tempo było świetne i wtedy czułam, że dałabym radę wejść na sam szczyt. Niestety trzeba było zejść, zdrzemnąć się i dopiero około drugiej w nocy ruszyć w górę. Zdjęć z wejścia mam niewiele, gdyż w świetle czołówki mogłam dostrzec tylko własne nogi i to co pod nimi.

Temperatura powietrza oscylowała w okolicach minus 10 stopni, a do tego wiał zimny wiatr, który powodował, że odczuwalna temperatura była jeszcze niższa. Woda w plecaku zamarzła, ale całe szczęście uchroniła się przed tym zjawiskiem gorąca herbata znajdująca się w termosie.

Na wierzchołku zalegają lodowce i około czterysta metrów przed szczytem niezbędne są raki. Ciężko było je założyć w rękawiczkach, bez nich także nie było to proste, gdyż bardzo szybko grabiały ręce.

Po ponad pięciu godzinach wspinaczki stanęliśmy szczęśliwi na szczycie świętej góry Ormian. Mogliśmy chwilę odpocząć i zaczerpnąć tlenu, choć na tej wysokości jego pochłanianie wynosi już tylko 60%. Świat wydał się piękny z wysokości 5137 m n.p.m. i w pierwszych rozgrzewających nas promieniach słońca .

Z Wielkiego Araratu widzieliśmy szczyt Małego Araratu wznoszący się na wys. 3896 m n.p.m. i rozległe przestrzenie, nad którymi góruję ten masyw górski. Jest on jedyną tak wysoką górą w promieniu setek kilometrów. Ararat to stratowulkan bez krateru, który uaktywnił się po raz ostatni prawdopodobnie trzy tysiące lat przed naszą erą.

Po krótkim pobycie na szczycie zrobiliśmy miejsce nadchodzącym kolejnym jego zdobywcom: Rosjanom, Irańczykom, Ormianom, Polakom, bo to głównie ich spotyka się na Araracie.

Droga w dół wiodła w coraz wyższej temperaturze powietrza, a do tego pokonywałam ją ubrana na cebulkę, więc w rezultacie pot lał się mi się po plecach. Miałam ochotę na jak najszybsze znalezienie się w obozie, aby móc zrzucić z siebie kilka warstw ubrań. Niestety, zbieganie po zboczach Araratu, ze względu na osuwające się pod nogami kamienie, nie bardzo mi wychodziło i po trzecim upadku na plecy/plecak zwolniłam tempo. Wolno, ale w końcu dotarłam do obozu. W nim już nie było czasu na drzemkę po nieprzespanej nocy, tylko pakowanie rzeczy i droga w dół po zboczach świętej góry Ormian, która okazała się dla nas bardzo łaskawa.

2 komentarze

  • Gabi, odpodrozydopodrozy.pl

    Fantastyczna wyprawa, wymagająca kondycji i determinacji, eskapada, którą ja mogę tylko podziwiać. Wspaniałe krajobrazy, cudne widoki, malutcy ludzie na tle gór, te konie, dzieciaczki, kolory – zachwyca po prostu wszystko. A Wy nic się od tego czasu nie zmieniliście. Przepiękna prezentacja.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *