BOLIWIA

NIEZWYKŁE ALTIPLANO

Niezwykłe, nieziemskie, bajeczne, cudowne, wspaniałe, oszałamiające, zachwycające … i tak można w nieskończoność. Mowa o boliwijskim Altiplano, drugim co do wielkości płaskowyżu Ziemi z pięknymi księżycowymi krajobrazami, niezliczonymi wulkanami i kolorowymi lagunami.

Naszą przygodę z Altiplano zaczęliśmy od granicy chilijsko – boliwijskiej. Po krótkiej odprawie paszportowej, w niepozornej chatce na środku niczego, przekroczyliśmy rów wyznaczający granicę państw i pomknęliśmy w kierunku Laguny Verde. Charakteryzuje się ona zielonymi wodami, które swój kolor zawdzięczają dużej ilości związków magnezu. Nad laguną góruje, rozsiadły na granicy Chile i Boliwii, majestatyczny starowulkan Licancabur 5920 m n.p.m..

Chwila na spacer, kilka zdjęć na pamiątkę i pędzimy ku kolejnej lagunie przejeżdżając przez Pustynię Salvadora Dalego nazwaną na cześć hiszpańskiego malarza. Podobno ten jeden z najbardziej znanych artystów dwudziestego wieku wzorował się na tym krajobrazie tworząc swoje surrealistyczne dzieła.

Potem krótki przystanek przy Salar de Chalviri, gdzie można było spędzić czas zażywając kąpieli w basenie zasilanym gorącymi źródłami znajdującymi się u brzegu jeziora. Sprzyjała ku temu przyjemna temperatura powietrza. Ja zadowoliłam się kąpielą słoneczną.

Ostatnie spojrzenie na odbijające się w słonym jeziorze szczyty i w drogę przez płaskowyż położony na wysokości od 3600 do 4900 m n.p.m. wiodący wśród odcieni żółci, pomarańczu, rudości i brązów pięknie kontrastujących z błękitnym niebem.

W czasie jazdy trafiło się długorzęse, ufne dziecko lamy, które w czasie skubania endemicznej andyjskiej trawy Stipa Ichu delektowało się takimi oto widokami: wulkanem, w kierunku którego zmierzaliśmy nad Lagunę Colorada, miejsce w którym powiedziałam: ja tutaj zostaję.

Wody laguny w odcieniu wybielonego różu przeplatały się z błękitem nieba i bielą wysepek boraksowych. W miejscu tym podziwiałam tak nieprawdopodobne nasycenie i połączenie kolorów, że miałam wrażenie snu na jawie.

Chmurki przetaczały się po błękitnym niebie przeglądając się w pomarańczowo-czerwonej toni jeziora. Barwa laguny wzięła się od dużej ilości znajdujących się w nim alg o czerwonej pigmentacji.

W wodach brodziły setki flamingów. Występują tam ich trzy rodzaje, nieznacznie różniące się od siebie wielkością i zabarwieniem: Andyjski, Chilijski i dominujący liczebnie James.

Toń laguny nieziemska, jej brzegi także. Niebo nie chciało być gorsze i malowało chmurami różne obrazki.

Odbijający się w wodzie przyprószony śniegiem wulkan i do tego kilka różowych pierzastych. Takie kadry budziłyby mnie codziennie, gdyby można było tutaj zamieszkać. Marzenie.

Ostatnie spojrzenie na lagunę i w drogę, w czasie której spotkaliśmy zwierzę wyglądające jak skrzyżowanie królika z wiewiórką. Był to półtorametrowy gryzoń, krewny szynszyli zwany wiskaczem.

Kolejnym ciekawym miejscem, na tej bezkresnej przestrzeni, była grupa skał z charakterystycznym „Kamiennym drzewem” dziełem matki natury, erozji i utalentowanego wiatru, który tworzył je tysiące lat.

Po nim przyszła pora na niezwykłość płaskowyżu, która wywarła na mnie ogromne wrażenie: Sol de Manana czyli Poranne Słońce. Jest to znajdujący się na wysokości od 4800 do 5000 m n.p.m. obszar o intensywnej działalności wulkanicznej z polami geotermalnymi, fumarolami i wrzącym błotem.

W miejscu tym czuć było intensywny zapach dwutlenku siarki, który na początku bardzo przeszkadzał, był nie do wytrzymania, ale po chwili zapomniałam o nim zauroczona kształtami i kolorystyką tego nieziemskiego krajobrazu. Zewsząd unosiła się para wodna, a z wnętrza Ziemi słychać było chlupanie, bulgotanie i syczenie. Rozgrzane błoto puszczało bańki, strzelało w powietrze. Tworzyło abstrakcyjną skorupę.

Po wizycie na tym terenie pozostał ból głowy. Nie wiem czy od wysokości, wyziewów siarki czy obłędnych widoków.

Sol de Manana zauroczyło mnie swoją niezwykłością, ale czas było zobaczyć kolejne cuda Altiplano – Lagunę Hedionda. Przy niej rzucał się w oczy znak ostrzegający przed trującymi substancjami min. cyjankami i innymi związkami chemicznymi. W tak ekstremalnych, surowych warunkach tylko flamingi dają radę przeżyć.

Nad laguną hotel. Nie wiem czy działający, ale gdyby tak było, to z jego okien można obserwować flamingi James z charakterystycznymi czarnymi piórami na ogonie oraz takie oto widoki jak na poniższym zdjęciu.

Altiplano to zdecydowanie jedno z najpiękniejszych, najoryginalniejszych i najbardziej bezludnych miejsc na Ziemi. Jego krajobrazy na zawsze zagościły w jednej z szufladek w mojej pamięci.

Zbyt krótkie spotkanie z Altiplano zakończyło się spojrzeniem na majestatyczny wulkan Ollague.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *